W przeddzień wyjazdu do Iławy na turnus rehabilitacyjny spotkałam 19- letnią Patrycję. Wymieniłyśmy uśmiechy, uściski, padło kilka pytańi odpowiedzi. Patrycja, przykuta do wózka inwalidzkiego z powodu dziecięcego porażenia mózgowego, brała już udział w wielu turnusach rehabilitacyjnych, ale jeszcze nigdy nie była tak zachwycona, jak po tegorocznych koloniach.

– „Było super!” – podsumowała krótko swój pobyt na pierwszym turnusie rehabilitacyjnym w 2001 roku w Iławie, organizowanym przez Stowarzyszenie na Rzecz Osób Niepełnosprawnych „Razem” z siedzibą  w Chybiu. Bez obaw poczułam, że mój wyjazd na drugi turnus do Iławy będzie ciekawy i owocny.

Jestem matką prawie 26- letniego syna Tomasza, który w wieku 3 lat i 3 miesięcy zachorował na zapalenie opon mózgowych i mózgu. W opiece nad synem, w jego rewalidacji, byłam zdana prawie wyłącznie na siebie. Myślałam, ze tak już zostanie na zawsze. Trzy lata temu znajomi skontaktowali mnie ze wspomnianym stowarzyszeniem w Chybiu. Po ponad 20 latach to, co wydawało mi się niemożliwe, stało się realne: mój syn spędził kilkanaście dni beze mnie, poza domem i wrócił z kolonii zadbany, pełen nowych wrażeń i ze swoim pierwszym przyjacielem – panem Krystianem. Ponieważ pan Krystian łączący pracę, studia i wolontariat mógł przebywać na kolonii tylko przez jeden tydzień, znalazłam się w grupie opiekunów i uczestniczyłam w organizowanych zajęciach.

         W drugim dniu pobytu na kolonii brałam udział w zabawie w „podchody”. Idąc śladami innej grupy kolonijnej wykonywaliśmy zlecone nam zadania, śpiewaliśmy, piliśmy napoje chłodzące, ale też poznawaliśmy miasto. Mijali nas życzliwi i przyjaźni nam mieszkańcy, kulturalni kierowcy zatrzymywali się przed przejściami dla pieszych, rozpoznając bez trudności grupę ludzi sprawnych inaczej. Były bowiem wśród nas osoby o widocznym kalectwie fizycznym, podtrzymywane przez opiekunów, poruszające się na wózkach inwalidzkich, wykazujące pobudzenie psychoruchowe. Na końcu grupy zlany potem, ale bardzo wytrwale podążał o dwóch kulach 22- letni Darek. Po powrocie do budynku wyznał on: - „Bardzo chciałem iść z całą grupą. W takich zajęciach uczestniczyłem po raz pierwszy w życiu. Pochodzę ze wsi i nigdy dotychczas nigdzie nie wyjeżdżałem. Zobaczyłem tu urzekającą miejscowość, w której są likwidowane bariery architektoniczne. Uważam, że tak powinno być wszędzie, żeby człowiek niepełnosprawny mógł wyjść do ludzi, żeby nie miał ograniczonego z nimi kontaktu. Powinno się robić wszystko, żeby osoby niepełnosprawne mogły się integrować ze społeczeństwem, a nie tylko mówić o integracji. Szkoda, że z powodu kalectwa musiałem zakończyć naukę na szkole podstawowej. Dobrze, że dzięki temu stowarzyszeniu, udało mi się wyjechać z domu. Na kolonii uczę się samodzielności.”

         Kolonie rehabilitacyjne dla większości dzieci kalekich stały się bodaj jedyną możliwością wyjazdu poza własne środowisko, pooddychania czystym powietrzem, wykąpania się w nieskażonej wodzie jeziora i w morzu, nawiązania nowych przyjaźni, rozwoju osobowości. Dostrzegłam ład, harmonię i różnorodność form wspólnego życia kolonijnego. Zajęcia były zaplanowane, zorganizowane, zapowiedziane na wieczornych odprawach z opiekunami. Przy każdej okazji niemal spontanicznie, prócz celów opiekuńczych w kontakcie z podopiecznymi opiekunowie realizowali cele wychowawcze, rozwijali intelekt dzieci.

         Centrum życia całej wspólnoty kolonijnej stanowiło sprawowanie Eucharystii. Wszyscy każdego dnia gromadzili się, aby na Mszy św. I po niej wspólnie przeżywać wszystkie wydarzenia życia kolonijnego. Słychać było wtedy śpiew przy wtórze gitar i monotonii nieartykułowanych dźwięków Patryka. Kiedy potem Patryk zasypiał, na korytarzu obowiązywała cisza. Podopieczni wyciszali się też podczas rejsu statkiem po jeziorze, podczas zajęć plastycznych i hipoterapii w trakcie wieczornego widowiska „Światło i dźwięk” w Malborku. Bardzo śpiewnie i wesoło było zawsze w świetlicy podczas zabaw ruchowych, konkursów, inscenizacji bajek Andersena, przeglądu mody dla przebierańców, podczas kąpieli wodnych i słonecznych na miejscowej plaży. Dzięki wycieczce do Gdyni i Sopotu niektóre dzieci widziały po raz pierwszy polskie morze, poczuły smak morskiej wody. „W wodach Bałtyku usłyszałem po raz pierwszy głośny śmiech Tomka” – powiedział mi opiekun chłopca.

         Okazuje się, że opiekunami wcale nie muszą być specjaliści po studiach ukierunkowanych na pracę z ludźmi niepełnosprawnymi. Na kolonii spotkałam młodzież z wielką charyzmą. Z bardzo wielkim poczuciem odpowiedzialności opiekunowie- wolontariusze spełniają wobec podopiecznych wszelkie posługi przez całą dobę. Ze swoimi podopiecznymi zapoznali się już na spotkaniu przedkolonijnym, najczęściej odwiedzili ich w domach rodzinnych, nierzadko przyjmują pod swoją opiekę te same osoby z roku na rok, wchodzą z podopiecznymi w relacje koleżeństwa, przyjaźni, partnerstwa. Niektórzy z opiekunów wyznali, że nierzadko już po jednym turnusie kolonijnym obudziło się w nich pragnienie poświęcenia choćby cząstki swojego życia ludziom sprawnym inaczej. Podkreślali, ze pobyt z podopiecznymi uczy ich samozaparcia, pokory, dojrzałości, wyznali, ze dopełniają swoje człowieczeństwo.

         Na wewnętrzne ubogacenie się wskazywali też pracownicy Internatu Zespołu Szkół im. Bohaterów Września 1939 Roku w Iławie, gdzie zorganizowano kolonie. Są tu likwidowane nie tylko bariery architektoniczne, ale też bariery w kontaktach międzyludzkich, przez co życie kolonijne upływało w miłej rodzinnej atmosferze. Niektóre z przebywających tu dzieci kalekich nie mają w swoich domach rodzinnych tak dobrych warunków mieszkaniowych, tak smacznych i urozmaiconych posiłków, nie zaznają takiego ciepła, jak tam, na kolonii. I choć Darek powtarzając co jakiś czas – „Mamy ni ma” – przypominał dzieciom o rodzicach, to koloniści nie tęsknili. Po raz pierwszy łzy w oczach dziecka widziałam tam w dniu odjazdu. To Sabina rozpaczała, że kolonie się skończyły. Zapytałam wówczas uśmiechniętą Renię, cierpiącą na mutyzm, czy cieszy się z powrotu do swego domu? Już bez uśmiechu odpowiedziała gestem przeczącym głowy.

         W świecie ludzi kalekich jest nieraz pełno bólu, biedy i cierpienia  i jedynie na tych koloniach dzieci niepełnosprawne mogą doświadczać chwil pełnych szczęścia, radości, miłości. Pobyt na kolonii pozwala łagodzić ich los i choć troszeczkę zaspokaja potrzeby wynikające z braku odpowiedniego zorganizowania społeczności ludzi zdrowych i chorych. Bywa, że w swoich środowiskach ludzie kalecy są traktowani zimno, obojętnie, a nawet wrogo. Oby nie zostali oni ukryci przed światem i organizowano dla nich kolonie rehabilitacyjne co roku! Już teraz czeka na nie Romek, zapewniający każdego z opiekunów:

 - „Jesteś Kochany” – a podczas pożegnania informujący bardzo poważnie: - „Spotkamy się na kolonii dopiero w przyszłym roku. OBOWIĄZKOWO!

 
                                                                                                                                                                          Krystyna Ochmanowa

                                                                                                                                                                       (033) 857-12-73