Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy… - te słowa, w jednym ze swoich wierszy, zawarła Wisława Szymborska. Wobec mojego udziału w głuchołaskich koloniach ten cytat wydaje się być nieprawdziwym, ponieważ były to już moje 3 kolonie, które spędziliśmy RAZEM, w Skowronku.

            W tym roku sporą część ekipy, zwłaszcza ze strony wolontariuszy, stanowili kolonijni debiutanci. Podobnie, jak rok i trzy lata temu, tak i teraz moim opiekunem był nowicjusz -Kuba Kuliński.

 Różniliśmy się charakterami, ale myślę, że w ciągu tygodnia udało nam się wzajemnie dotrzeć. Tak, tak - w ciągu tygodnia, bo na półmetku kolonii, wychodząc na spacer potknęliśmy się i próbując uniknąć poziomego kontaktu z chodnikiem robiliśmy wszystko, by nie skończyło się upadkiem. Co prawda pion nie zamienił się w poziom, ale ręka Kuby wylądowała w gipsowej szynie. Jego zastępcą został Artur Śmieja, któremu… nadwyrężyłem nadgarstek. To była wersja dla mediów - tak naprawdę chciałem się ich pozbyć. :-) Kuba, mam nadzieję, że zapamiętasz mnie nie tylko przez pryzmat ręki…

Jako, że na początku nie wszyscy się znali przydatne były zabawy integracyjne, które przygotowali Asia Gryz i Marcin Filar. Było śmiesznie i zabawnie a nawet… wszystkie misie przytulały sobie pysie. Sala kominkowa - zwana też przez niektórych kominem - była jeszcze świadkiem choćby konkursu plastycznego zorganizowanego przez Mirelkę Dopart czy warsztatów z techniki plastycznej, wywodzącej się z  Chin - Quilling, które poprowadziła dla nas Asia Kapias. Warsztaty spotkały się ze sporym entuzjazmem ich uczestników.

            Czasu na nudę zdecydowanie nie mieliśmy. Niektórzy mieli rehabilitację jeszcze przed śniadaniem - jako, że mam problemy z porannym wstawaniem to nie zaliczałem się do tej grupy. Większość z nas miała zabiegi po śniadaniu. To był kolejny rok, w którym musiałem zmierzyć się z BOA duszeniem. Kto się nie rehabilitował mógł zanurzyć się w promieniach słonecznych na tarasie, oddać się twórczości artystycznej w sali kominkowej lub po prostu pójść na spacer.

            Kadra mocno starała się także, by ciekawie zapełnić nam popołudnia. I tak, poznaliśmy Nysę z dwóch perspektyw -  z perspektywy kąpieliska, gdzie każdy mógł zażyć kąpieli wodnej i/lub słonecznej oraz z perspektywy urokliwego, nyskiego rynku, na którym znajdowała się godna uwagi katedra. W związku z tym, że będąc na rynku można było powiedzieć Ufff, jak gorąco - szefostwo zafundowało nam lody - oczywiście dla ochłody, za które dziękujemy.

            Natomiast, na początku turnusu, poniosło nas za granicę naszego kraju a konkretnie  do Czech - jeszcze ściślej rzecz ujmując to do Jaskini na Szpiczaku. Mieliśmy wzmocnioną wymianę kultur, ponieważ po jaskini oprowadzała nas czeska przewodniczka. Swoją drogą, od zawsze lubię język czeski za jego zabawność. Trasa dla zmechanizowanych wózkowiczów była dość krótka, ale zawsze to jakaś niecodzienna przygoda.

            Udaliśmy się też do opolskiego zoo. Jechaliśmy tam z przygodami - w pewnym momencie rozpadało się a na dodatek wycieraczki odmówiły posłuszeństwa. Autokar to kopalnia podzespołów i połączeń, które nie łatwo ogarnąć. Na szczęście panu kierowcy udało się naprawić usterkę i mogliśmy ruszyć w dalszą podróż - w stronę zoo. Plus z tej sytuacji był taki, że po dojeździe do ogrodu zoologicznego wypogodziło się. Trzeba przyznać, że opolskie zoo jest bogate, jeśli chodzi o florę i faunę, a do tego, ciekawie podzielono je tematycznie i rozmieszczono tak, by zwiedzić możliwie jak najwięcej, maszerując stosunkowo mało. Naprawdę, zoo w Opolu warto odwiedzić.

            Kolejne wycieczki to była kwestia wyboru pomiędzy Skalnym Miastem w Czechach a Wrocławiem. Ja wybrałem drugi wariant, ponieważ bardzo chciałem być we Wrocławiui teraz nadarzyła s ię ku temu doskonała okazja. Część osób zdecydowała się zwiedzić Ostrów Tumski a także, co ciekawe, całoroczną szopkę bożonarodzeniową wystawioną w kościele na Piasku. Ja znalazłem się w grupie, która zdecydowała  się poznać uroki wrocławskiego rynku oraz katedry. Byliśmy w Hali Stulecia. Do mnie nie przemawiają nowoczesne, zwizualizowane muzea, ale to kwestia gustu… Szkoda, że ominął nas pokaz fontann, ale nie na wszystko mamy wpływ. Przechodziliśmy też przez słynny Most Miłości - cały obwieszony kłódkami na dowód miłości. Swoją drogą, ciekawe, ile z tych kłódek należałoby już odciąć? Miejmy nadzieję, że niewiele… Dla wielu podopiecznych, największą (nieplanowaną) atrakcją był… przejazd wrocławskimi tramwajami. Mimo, że trochę nie dopisała nam pogoda mogę powiedzieć, że Wrocław to miasto malownicze, z pozytywną energią. Nie potrafię opowiedzieć się - czy jestem bardziej za Krakowem, czy za Wrocławiem. Po prostu nie wiem… Mam nadzieję, że to nie była moja jedyna przygoda z tym miastem.

            Od czego są wakacje? Od tego, aby bawić się na całego i od tego, aby… zrelaksować się. No właśnie, relaks to podstawa. Odpłynąć w bezkres i nie myśleć o niczym pozwoliła nam Ania Krużołek, a to podczas przeprowadzonych przez nią zajęć relaksacyjnych.

            W mediach, najpierw wszyscy tańczyli a teraz wszyscy gotują i udają, że projektują modę. Próbują też pokazywać swoje talenty, ale czymże jest TVN-owski ,,Mam Talent!" przy głuchołaskiej edycji tego programu? Tego nie da się porównać.

W tym roku, odbyła się kolejna edycja naszego show. Wszyscy uczestnicy prezentowali niezwykle wysoki poziom - na tyle wysoki, że jury w składzie: Justin Bieber (Sebastian), Kora (Wojtek) i Agustin Egurrola (ja) miało twardy orzech do zgryzienia. Ostatecznie wszyscy uczestnicy zostali zwycięzcami. Każdy znalazł coś dla siebie. Były pokazy taneczne, występy wokalne a nawet… prezentacja masażu relaksacyjnego. Całość poprowadzili i przez krainę talentów przeprowadzili nas Marcin Kliś i Tomek Kulak. Po artystycznej uczcie dla oka, ucha i ducha trzeba było się wzmocnić. Była ku temu okazja podczas kolacji grillowej. Wszyscy zaspokoili swoje kubki smakowe i nikomu kiszki marsza nie grały. Następnie, wszyscy mogli spalić zbędne kalorie i wyszaleć się podczas dyskoteki. Oj, działo się! Działo!

            W kolejnym dniu, kiedy emocje już opadły, nadszedł właściwy moment na stały punkt każdej kolonii - na zrobienie pamiątkowych zdjęć. Te grupowe zrobił zaprzyjaźniony fotograf. Na portretach poszczególnych opiekunów i ich podopiecznych uwieczniła Ania Bełtowska. Stałym elementem wyjazdu była również Poczta Kolonijna autorstwa Martyny Konior. Trzeba przyznać, że niektóre listy były bardzo oryginalne. Niemalże stałym elementem są - choćby jednokrotne - odwiedziny kameralnej Cafe Rene.

            Za to kolonijną nowością był Lipdub - teledysk promujący nasze kolonie i Stowarzyszenie Razem, które je organizuje. Nagraniu towarzyszyła piosenka Happy. Podzieliliśmy się na kilkuosobowe grupy - każda z nich wcieliła się  w inne postacie i odgrywała różne role. Ja, Kuba, Artur i Miłosz wobec wcześniejszej kontuzji Kuby nie mogliśmy postąpić inaczej i na potrzeby nagrania wcieliliśmy się w lekarzy i pacjenta. Kto był pacjentem? - nie muszę odpowiadać… Całość nakręcił i skręcił nasz niezawodny kamerzysta - Kuba Kicka.

            Za mundurem panny sznurem… - to wiadomo od dawna, ale okazuje się, że nie tylko panny, ale i koloniści. Ponownie, przybyli do nas żołnierze i zaprezentowali swoje poszczególne profesje. Każdy z nas miał okazję wstąpić do profesjonalnej, zawodowej armii - nie tylko polskiej, ale i… amerykańskiej. Można było nawet popróbować wojskowej kuchni - i nie była to grochówka. Następnego dnia, żołnierze przeprowadzili kurs pierwszej pomocy. To, co z tego najważniejsze to tzw. pozycja bezpieczna i sposób reanimacji, który warto zapamiętać: 30 uciśnięć : 2 wdechy - 30 uciśnięć : 2 wdechy i tak do przyjazdu karetki lub do momentu odzyskania funkcji życiowych przez poszkodowanego. Żołnierze przybyli   do nas, za to my odwiedziliśmy strażaków z głuchołaskiej jednostki Państwowej Straży Pożarnej. Mogliśmy zobaczyć, jak wygląda wezwanie do akcji (w tym zjazd ślizgiem). Przyjrzeliśmy się pożarniczo- ratunkowemu osprzętowi. Każdy chętny mógł użyć strażackiej sikawki a nawet zasiąść w najprawdziwszym wozie strażackim. W ten sposób spełniło się nasze marzenie z dzieciństwa, bo przecież (niemal) każdy chciał zostać strażakiem…

            Kiedy już zostaliśmy zaprawieni w boju, uczestniczyliśmy w Turnieju Sportowym zorganizowanym przez Kubę Kulińskiego i Marcina Filara. Dzielnie asystowały im Karolina Dziendziel i Kinga Banot. Wszystkie konkurencje były dość oryginalne. Wśród nich znalazły się choćby: wypływanie piłeczki ping-pongowej z tunelu wodnego, rzut butem opiekuna do celu, czy owijanie przedstawicieli grup… papierem toaletowym. Poziom był na tyle wyrównany, że wszystkie grupy zajęły 1. miejsce.

            Turniej to była oczywiście poważna sprawa, ale prawdziwą próbą to był dopiero survival (szkoła przetrwania). Poznaliśmy rodzaje ognisk i dowiedzieliśmy się, jak je w ogóle rozpalać. Poznaliśmy sposoby na nocleg, poszukiwanie żywności, czy gotowanie wody w… butelce. Warto także nie składać śpiwora w rulon, tylko zgnieść w kulę - wtedy zajmie mniej miejsca. Okazuje się, że sznur można zrobić niemal ze wszystkiego - nawet z reklamówki, która w trudnych warunkach, choć niepozorna to okazuje się być materiałem niezwykle mocnym i wytrzymałym.

            Swoją obecnością zaszczycił nas kolonijny wyjadacz - Adam Mencnarowski z rodzinką. To nie były jedyne odwiedziny. Zawitali do nas także Tomek Gruszka z żoną Agatą. Warto dodać, że Tomek jest basistą w zespole Black Ball Suzi, który wydał swój debiutancki krążek Jestem. Rekomenduję tę płytkę własnym uchem. :-) Warto ich posłuchać! Znajdziecie ich na Facebooku. Obie wizyty wniosły trochę pozytywnego zamieszania.

            Na koniec każdego turnusu odbywa się uroczysta Uczta Miłości, czyli Agapa. Śmiało można powiedzieć: Wszyscy świetnie się bawili i nieźle wytańczyli. Paradoks Agapy polega na tym, że z jednej strony świetnie się bawimy, ale z drugiej - dobrze wiemy, że to już koniec tej fantastycznej, dwutygodniowej przygody. Tradycyjnie, specjalnie dla Kuby Patyny, pojawiły się Kaczuchy. Aż żal było kończyć imprezę. Koniec wyjazdu to także doskonały na uczczenie jubileuszów opiekunów. W tym roku swoje święto miały 4 osoby. 10. kolonie spędził z nami ks. Grzegorz Lach, 5. kolonijne urodziny obchodzili: Pani pielęgniarka -   Maria Kopiec, Pani Aleksandra Kicka oraz jej syn - Kuba Kicka. Wspomniany wcześniej, Adam Mencnarowski, przed koloniami, poprosił mnie, abym kontynuował tradycję i wręczył jubilatom pamiątkowe rymowanki. Podjąłem wyzwanie i mam nadzieję, że nie było źle.

            Na koniec, czas na podziękowania. Te największe należą się tym, bez których to całe pozytywne zamieszanie nie miałoby miejsca - Państwu Helenie i Krzysztofowi Bełtowskim. Dziękujemy pozostałej kadrze - pani Kicce, pani pielęgniarce, która w tym roku musiała przede wszystkim ukoić wiele bolących gardeł (w tym moje) oraz panom kierowcom za bezpieczny transport. Dziękujemy naszym księżom - ks. Grzegorzowi Lachowi oraz ks. Ryszardowi Piętce za wyjątkowe, intrygujące i niepowtarzalne kazania. W imieniu wszystkich podopiecznych dziękuję nie tylko kadrze, ale i wszystkim naszym opiekunom, bo dzięki nim nasz pobyt był łatwiejszy i bardziej pozytywny. Ponadto, od siebie, dziękuję Asi Kapias za pomoc przy tworzeniu rymowanek i Iwonce Krzempek za pomoc przy organizacji upominków. A wszystkim dziękuję za to, że przez 2 tygodnie mogliśmy być RAZEM i choć trudno snuć plany z rocznym wyprzedzeniem to mam ogromną nadzieję, co do tego, że spotkamy się ponownie za rok! :-)

                                                                                                                                                                         Janusz Pyrkosz